Wyobraźmy sobie sytuację: trwa mecz koszykówki. Już na samym początku trener drużyny zostaje usunięty z boiska. Siedzi w szatni, nie widzi, ani nie słyszy przebiegu gry, nie ma pojęcia jaki jest wynik. Niemniej wszyscy oczekują, że rozpisze strategię na ostatnią kwartę oraz wprowadzi niezbędne zmiany na boisku. Brzmi niedorzecznie?
Dajmy zatem trenerowi szansę. W przerwie dostanie update, dużo informacji, by miał możliwie najpełniejszy obraz. Zatem dostaje statystyki koloru włosów swoich zawodników, długości sznurówek w ich butach czy gramatury koszulek. Na pewno są to dane „z boiska”, ale czy na pewno te właściwe dla podjęcia dobrej decyzji? Powiedzmy sobie wprost – kolejny nonsens.
A teraz zamieńmy sport na biznes, natomiast trenera na managera. Czy nadal brzmi to wszystko jak science fiction? Czy też jest to niestety dosyć powszechna codzienność? Ile razy miałeś osiągnąć cel, nie mając najmniejszego pojęcia jaki był poprzedni wynik i bieżący postęp? Być może sam wysyłałeś swoich ludzi na „zwycięską misję” licząc, że sami znajdą właściwy azymut i wymyślą jak dotrzeć do celu?
Za często do danych podchodzimy jak do luksusu, na który nas nie stać lub traktujemy jak inwestycję, którą możemy odłożyć w czasie. Jak będą wyniki, będą pieniądze na raportowanie. Ewentualnie wymyślamy dane „zastępcze”, czyli dużo informacji, które w żaden sposób nie posuwają nas do przodu, ale są (czyt. stajemy się bardziej profesjonalni). Z drugiej strony oczekujemy „dowożenia”, ewentualnych planów naprawczych i rzecz jasna rozwojowych. Ale w oparciu o co ma ten „plan treningowy” powstać? I prawdę mówiąc problemem nie jest to, że taki plan nie powstanie, ale właśnie to, że powstanie.
Wobec braku danych, kluczową rolę przejmują wyniki finansowe. A na te jednak trzeba trochę poczekać. I tak, wyniki stycznia dostajemy pod koniec lutego. Jak jest źle, zastanawiamy się i trochę zgadujemy, by w marcu wprowadzić zmiany. Pełnym miesiącem będzie jednak dopiero kwiecień, który będziemy analizować pod koniec maja. Wiemy zatem, że coś w organizacji nie działa od początku roku, zgadujemy i mamy nadzieję, że się poprawi. Jak nie, to znowu będziemy zmieniać i sprawdzimy w sierpniu. Kolejne okienko to grudzień. W najgorszym wypadku powiemy, że miniony rok bardzo nas rozczarował.
Biznes nie różni się od biegania, chodzenia na siłownię, czy grania w koszykówkę. Jeżeli chcemy osiągnąć sukces, musimy określić cele, rozpisać plan, móc śledzić postępy i analizować ich dynamikę. Musimy wiedzieć, a nie zgadywać, jak nam idzie. Inaczej mówiąc: musimy znać bieżący wynik. I tak, jak mierzenie czasu czy dystansu w trakcie biegu nie jest żadną wyszukaną zachcianką, tak samo nie jest nią chęć stałego monitorowania procesów w organizacji. Ważne, aby monitorowane parametry dawały nam dobre rozumienie tego, co się dzieje i jak to wpływa na firmę. Jadąc autem śledzimy Google Maps w czasie rzeczywistym, by nie przegapić krótszej trasy, nawet tylko o 1 minutę. A jak w biznesie?

